dojrzewalnia słów. listy w butelce. rozmowy przy lepieniu bałwana. perełki spod igiełki  



  moim okiem  


zapisane strony

2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

2009:
06 05 04 03 02 01
2008:
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01
2007:
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01
2006:
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01
2005:
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01
2004:
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02


miejsca
M. Zablocki
mknienie oka
haiku Jerza
jedna/dwie
100%
Don P.P. Go
OFF
:: ::::








<< starsze       

sweet wiersio

sweet wiersio (datowany na rok 2007 n.e.)

na dobranoc me kochanie
wślizgnę się pod twe ubranie
bliższy ciału niż koszula
sobą będę cię otulał


nowy sweet wiersio (ciąg dalszy historii)

już od rana me kochanie
robi moich koszul pranie
ja zaś robię tu za króla
i tak ten nasz związek hula

- - - -
tak narodził się sweet wiersio
co poruszy każdą piersią
napisany na kolanie
na męczącej drugiej zmianie




****

dzwonili do mnie z banku. z ofertą jakąś. raz, drugi. ja, nie wysłuchując do końca, przerywam i mówię, że dziękuję, że jak będę potrzebował to sam zadzwonię.
zadzwonili trzeci raz. ja od razu, że dziękuję, że już prosiłem, żeby nie dzwonili i dawno to zaznaczałem.
już mówiąc 'do widzienia' naciskając od razu klawisz rozłączenia, jeszcze słyszę, jak facet mówi 'panie J. (jakże nie cierpię tego niby niepoufałej ale jednak jakieś spoufalonej formy zwracania się po imieniu), więc słyszę jak mówi 'panie J... a czy nie chciałby pan odpocząć od....' i tu już zerwałem połączenie i nie mogłem do tego wrócić.
teraz dręczy mnie to, od czegóż odpoczynek mi chciał bank zaoferować. bo ja bardzo bym chciał odpocząć... teraz zostałem z dręczącą wątpliwością.


****


nie można żyć chwilą całe życie

****

Przestrzeń czasu nabazgrana na kilku kartkach. Każde słowo o niej, nawet to obojętne nawiązuje do niej; ale która z nich jest nią? Wszystkie one zaskoczone.

Mówiłem, żeby uważać na meteoryty, ale już po wszystkim. Przefrunęły cicho z szelestem pościeli, tak cicho, że nie było po co wyciągać dłoni na szczęście. Nie było po co otwierać oczu, żeby wymyślić jakieś życzenie, postawić jakieś żądanie. To nie była muzyka sfer, o której mówili alchemicy. To pościel, po prostu.

I co nam z tego superksiężyca. Nic bardziej obojętnego nie mogło się wydarzyć. Nie było żadnej muzyki, żadnego dźwięku, alikwotu. Zatem śpijmy. Ja pod swoimi powiekami, ty pod swoimi. I w innych łóżkach. To chyba dobrze, że w innych, skoro tylko śpimy.

Czuję, że nie żyję. Albo raczej nie czuję, że żyję. Skoro jednak coś czuję - to co to jest? Czuję, że umieram. Czy lepiej nie czuć nic?
Albo: Czuję, że nic nie czuję. I to jest bolesne. Skoro jednak boli, to czuję, zatem - żyję. Jakaś ulga. Nakryłem się powiekami, odwróciłem do ściany czy tam oparcia kanapy. W kierunku do ściany. Za ścianą schody. Oddycham równo, wytwarzam sen.

Staram się nie myśleć o Matyldzie Damięckiej. Była fajnie lekko szurnięta i to mi się zawsze podobało, ale teraz się okazuje, że jest szurnięta lekko, ale jakby już nie w tę stronę, która mnie pociągała. I co dalej?

Kiedy to mówię, nie żartuję. Ale ona się śmieje i nie wierzy mi, no nie wierzy. W końcu ją przekonałem, niby rozumie, ale wygląda jakby godziła się z moim szaleństwem, którego przyczyna nie jest już istotna. Dlatego śpimy oddzielnie, właśnie przez postać z telewizji.
Przewalam się po łóżku. Za zamkniętymi powiekami nie ma snu. Teraz można marzyć.

Księżyc świecił przez zaparowane szyby samochodu a potem zaszedł za chmury. Rosa stawała się szronem. Kształtów już nie było widać, można było je tylko czuć dotykiem; oczy nie mogły przegryźć się przez ciemność. Zamknęliśmy oczy, wzrok nam nie był potrzebny. Ciemność ukazywała wyobraźni więcej niż wzrok. Dotykaliśmy się ciągle nawzajem, sprawdzając czy jesteśmy.

Dzieją się marzenia, a rzeczywistość się śni.

****


<< starsze       

stat4u