dojrzewalnia słów. listy w butelce. rozmowy przy lepieniu bałwana. perełki spod igiełki  



  moim okiem  


zapisane strony

2016
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

2009:
06 05 04 03 02 01
2008:
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01
2007:
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01
2006:
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01
2005:
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01
2004:
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02


miejsca
M. Zablocki
mknienie oka
haiku Jerza
jedna/dwie
100%
Don P.P. Go
OFF
:: ::::








<< starsze       


Po co udawać, że spędziliście ze sobą upojną noc jak z hollywoodzkiego filmu. że w ogóle wszystko było cudownie, a nawet, że cudowniej niż na filmie. przecież rozumiecie się, taki układ bez układu: każde ucieka do siebie przed świtem. nie ma wspólnego poranka, ani dnia, to byłoby okrutne zabijanie nocnych złudzeń, ulepionych na chwile zapomnienia. więc wiecie - dalej nie idziecie. żeby jednak zdarzyły się kolejne ucieczki przed świtem. tak jesteście.

bo są i upojne noce, które wcale nie są udawane, mimo ucieczek przed świtem; czy ucieczek? skoro to oboje akceptujecie? upojne, bo wiecie, że to tylko chwila i czerpiecie z niej jak najwięcej. to nie są ucieczki, tylko brak oddania siebie do końca, wierność sobie, w efekcie zachowanie siebie dla siebie, by drugiemu coś można było z siebie dać. zatem zgodnie się rozchodzicie nim brzask rozświetli zasłony. czy co tam jest na oknie. (dzień mnie wyganiał, nocą znów wracałem)
a teraz pytanie: czy chcecie sobie oszczędzić przykrych poranków? ale: dlaczego przykrych - może dlatego, że okaże się, że nic wam z siebie po nocy nie zostało, że drugie zabrało drugiemu mózg, duszę, wszystko? dlatego jest zgoda na to, że świt was rozłącza.

najgorszym porankiem we dwoje w moim życiu był poranek po weselu. a dokładnie po drugim dniu, czyli poprawinach, takim przyjęciu na luzie, kiedy czuło się, że czas beztroski się skończy. powinniśmy byli uciec z wesela w podróż, jak to się robi w hollywoodzkich filmach. po tym wszystkim poniedziałek, letni, słoneczny ale tak zwyczajny, codzienny, w strasznym kontraście do świętowania, walnął mnie obuchem w łeb. śniadanie we dwoje tak zwyczajne, jak przed wyjściem do pracy. i nic więcej. pusto. brak słów. jesteśmy sami we dwoje, gości wypełniających pustkę już nie ma. codzienność się zwaliła szarym gruzem na plecy. musiałem wyglądać na nieźle wystraszonego, chociaż raczej chciałem walić głową w ścianę i ryczeć. ona z drugiej strony zupełnie nieświątecznego stołu zauważyła coś, coś zinterpretowała po swojemu, ale czuła, co myślę: że popełniłem błąd. nie mówiłem nic, ale wypłakała za mnie ten błąd, że to ona była błędem. wtedy wydało mi się, jakbym wszystkie ceremonie przechodził niezupełnie tego świadom. czy zupełnie tego nieświadom. jakbym się obudził z przyjemnego snu. tak, pomyślałem sobie, ma rację. wesele było przyjęciem weselnym, nie radością. zamiast początkiem było początkiem końca.

"Tam, gdzie jest miłość, jest i samolot do Urugwaju" - mówi Max Frisch ustami Theo Gantnbeina.
wtedy nie trzeba uciekać od siebie w dzień, jakgdybyście nie chcieli pokazać swoich twarzy. masz jej zdjęcie, tęsknisz do niej. kiedy myślisz o niej, często wyobraźnią widzisz jak lekko zagryza wargę, w taki sposób jakby nie wiedziała, co odpowiedzieć. śni ci się, kiedy tylko o niej pomyślisz przed snem. mówisz do niej we śnie to, czego nie powiedziałeś jej naprawdę. z ulgą wypowiadasz do niej słowa w snach. potem oczywiście budzisz się, i jest to bardzo przykre przebudzenie, a cała ulga, którą poczułeś śniąc, zmienia się w przygnębienie tej samej wagi.
a raz nawet śniło ci się, ze mówisz do niej we śnie, potem budzisz się z tego drugiego snu, i opowiadasz jej, że miałeś sen, że do niej mówiłeś, że się bałeś, że się obudzisz, ale oto poczułeś wielką ulgę, że to w końcu jest realne. jednak tym razem mózg cię wplątał w bardziej skomplikowaną pułapkę, i gdy budzisz się naprawdę z tego podwójnego snu, z wielkim żalem przychodzi jeszcze większe niedowierzanie, że "to był tylko sen". jak w słowach wielu piosenek.

widzicie, prawdziwa miłość istnieje, co choćby tymi snami zostało udowodnione. czasem myślisz, że ona śni to samo o tobie, co ty o niej. że kiedy marzysz, by się zjawiła przy tobie, ona o tym także myśli. naiwne. ale nie udowodniono, że tak nie jest.


****


Wróciłem w nocy do domu taksówką. Nie byłem w stanie znów wracać tą samą drogą, albo - tymi samymi drogami co zwykle. Innych nie ma. Zmieniałem tyle razy drogi powrotu, aż wreszcie się wyczerpały. Innych dróg powrotu nie ma. Można naokoło, najpierw w przeciwną stronę, ale to nie będzie powrót, tylko ucieczka. Pozostaje jeszcze powrót metodą parkur wprost przez kamienice, podwórka, zamknięte pokoje, ogrody klasztorne, obce łóżka, łazienki, garaże. Taksówką się teleportuję po to, by nie zmieniać stanu duszy - długim spacerem czy jazdą tramwajem. Te drogi, te powroty, ulice - to wszystko już było. Przelewitować nad ulicami, nie brać ich sobie na nogi i do oczu; iść nie wiedząc, ponieważ nie ma nic nowego. Tylko pół godziny, lecz spacer jest narzędziem, a nie celem.

Ulice nie parzą w stopy, lecz w oczy. Te znane widoki. Te fajne widoki. Najchętniej chciałoby się iść z zamkniętymi oczami i otworzyć w domu. Idę, idę, chociaż nie chcę, przysiadłbym gdzieś i poczekał, aż znajdę się gdzie indziej nie wiadomo jak, ale gdyby poczekać, wtedy może się coś zmieni.
W Warszaie ulice parzyły w stopy, w całe ciało. Musiało się przebierać nogami, żeby uciec z każdego miejsca, każdego skrawka chodnika. Nie raz chciałem się skryć, zapaść w bezruchu, na ławce w parku i przeczekać, aż wszystko się zmieni, albo wszystko zapomnę, widoki będą nowe i będzie można iść dalej nowymi zapomnianymi drogami. Tak zupełnie nie było co odkrywać, że chciało się tylko uciekać. Tutaj wszystko jest za to już dawno odkryte.

Zanim dotrę do domu, najczęściej po to, aby znaleźć się w swoim łóżku, zdąży narosnąć obawa, czy pod bramą nie będzie przypadkiem czekał sąsiad menel-robot, by zagadać. To jest robot, rzadkość, bo nie podejrzewałem, że robi się cyborgi o celowo gorszej jakości i niskiej inteligencji. Cyborg-menel mówi przeważnie to samo lub niekiedy puszcza jakąś smutną archetypową historię, kiedy program tak mu zadziała.

Ale o późnej porze nie ma powitania cyborga. Docieram teleportowany do łóżka.
Przed zaśnięciem zastanawiam się czasem, z jaką kobietą u boku się obudzę. Zawsze, kiedy się tak zastanawiam, to rankiem budzę się sam.
Są różne kobiety, z którymi się śpi.
Są takie, z którymi z radością idziesz spać, i śpisz dobrze, spokojnie, po prostu śpisz, są jakieś czułości, może i coś więcej, tulicie się, a rano budzisz się z uśmiechem, że ona jest przy tobie. I chcesz, żeby już została, żeby było tak codziennie.
Są takie, z którymi śpisz, choć właściwie to nie można przy nich spać, więc z radością nie śpicie prawie całą noc, rozmawiacie, kochacie się, w końcu zasypiacie. Budzicie się na dobre koło południa. Jecie późnie śniadanie. I chcecie, żeby tak było codziennie.
Są i takie kobiety, z którymi się po prostu przesypiasz, choć nie taki był twój zamiar, miałeś nadzieję na rozmowy, jakąś zabawę, jednak wyszło zwyczajne przespanie się, niezbyt satysfakcjonujące dla was, pozostawiające nawet niesmak; nie tak, nie tak, żałujesz, że została u ciebie, czy ty u niej, i już w środku nocy przerażająca jest myśl o wspólnym poranku. Najlepiej byś chciał, by się ulotniła z twojego łóżka, zanim się obudzisz. Lub ty usiłujesz się wyrwać od niej w środku nocy samochodem - albo taksówką, jeśli piłeś alkohol. Jednak rezygnujesz, udajesz, że śpisz, aż w końcu zasypiasz, choć śpisz z jakimś ciężarem na duszy. Oczywiście to działa w drugą stronę.
I ty chciałbyś, żeby kobieta budziła się z tobą, lecz ona chce się wymknąć się bladym świtem. To i tak lepsze niż wspólny wymuszony poranek, kiedy nie ma o czym rozmawiać w łóżku, ani przy śniadaniu. Ktoś powinien był wyjść dużo wcześniej. Wszystkie czułości zostały wyczerpane w nocy. Potem któreś pragnęło już zostać samo, lecz z obiektywnych przyczyn musiało zostać - późno, daleko, nie ma autobusu ani taksówek, więc musicie udawać, że tak jest dobrze. Już więc późną nocą wiadomo, że poranek będzie ciężki. A o poranku udajecie, że jest świetnie. Choć nie widać dla was planów, żadnej dalszej przyszłości. Nad ranem, przed, lub po dość obowiązkowym śniadaniu, z jakimiś obiektywnymi mnożonymi coraz bardziej usprawiedliwieniami, coraz bardziej słusznymi i prawdziwymi, coraz bardziej realnie motywowanymi, rozstajecie się, i wiadomo, że nie powinniście się już więcej spotkać.



****

czuję jakbym ciągle nie dotarł do domu, odkąd do domu wróciłem. wszystko usuwa się spod dłoni, poręcz się chwieje, ostatnia przystań czy też okręt chybotliwe, okręt czy przystań - to jest względne, zależy skąd patrzeć.
i już sklepy Alma pustoszeją! smutne półki, towar w symbolicznych ilościach porozciągany tak, by zapełnić półki. ale tego się nie ukryje.
znikają miejsca, do których można się przytulić.
znikła moja kawiarnia, w której siedzieć mogłem godzinami, czytać, pisać, mówić, nic nie robić, pić, jeść. zrobiono z niej wygodniejszą, dopracowaną, ekskluzywniejszą, ale już obcą, jakby turystyczną, ze zmiennym personelem, ciągle obcym, z barmankami, z którymi nie można pogadać. kawiarnia z żadnym personelem. a kiedyś była jak alma mater.

- - - -


czym się gryziesz?
sama się nie gryź
tak do lustra
sam pogryzę twoje usta

żeby tak czas zatrzymać - ale dla siebie tylko
innym - nie zatrzymywać, dla innych niech płynie
dla tych, którzy patrzą daleko, dla tych, którzy mierzą wysoko, dla tych, przed którymi wszystko się ciągle otwiera


na ulicach plamy po deszczu już schną
rozpinam koszulę na którymś piętrze
koszula mój spadochron i schron
ileś metrów nad ziemią
spokojnie, nie rozpościeram jej jak spadochron, wyraźnie napisałem, że rozpinam. żeby się przebrać do spania
możesz mi ją rozpiąć
ty zbudowana z wielokropków w nawiasach


****

acedia

acedia maxima

wieczorami rozmawiam przez butelki piwa, potem śnią mi się ogniste serpentyny

zaczynając od spraw najdrobniejszych: składam butelki po piwie, ponieważ przeraża mnie ich wyrzucanie do dzwonu na szkło, gdyż to wywołuje efekt wybuchu w akustycznej studni bloków, co słyszę, gdy ktoś to robi. i stoją w torbie przy drzwiach aż się odważę stawić czoła hukowi. jest ich kilka, nie jakiś skład ale mimo to, tych kilka wybuchów.

może Matylda Damięcka byłaby mnie w stanie wytrącić z tego stanu. nie wyrzucając butelek po piwie, ale swoją piosenką. a i nawet nie musiałby śpiewać. nie o to chodzi.
sublimacja pragnień, kompensacja

jutro z elementami futra

wirują ogniste serpentyny nade mną


zatem, brnąc dalej w drobiazgi odwracające uwagę od rzeczy ważniejszych: jakoś szkoda mi szkła wyrzucać. i z powodu wygody też staram się kupować piwo w puszkach. posunę się do takiej profanacji. jest też w puszkach i parę dobrych gatunków, kórych puszka nie pogarsza znacznie. puszek nie segreguję. nie szkoda mi aluminium? nie wiem czemu mam strach przed niesegregowaniem szkła? kiedyś butelki po winie owinięte w śmieci wrzucałem do kosza na wszystko.

w ogóle mam coraz więcej lęku przed wszystkim. ogarnia mnie taki paraliż przed zabraniem się do czegokolwiek; jest to jakby skurcz skóry, który tak krępuje, że wywołuje wręcz otępienie umysłowe, choć wtedy myśli krążą jak na karuzeli. czasem paraliżuje mnie nawet, kiedy chcę wyciągnąć aparat fotograficzny. i nie mogę (vide fotolog) nic zrobić, ruszyć ręką.
minimalizm ruchów, wejście do swej skorupy.
minimalizm maksymalny.
udało się poruszyć palcami, więc piszę. to jest najprostsze. lecz napięcie wewnątrz rośnie.

liczę, że to minie, że coś samo podejmie decyzję, że decyzja się zdecyduje. jeśli się tak nie stanie, jeśli ten stan nie mija, i tak, to prawda - Matylda Damięcka mogłaby pomóc.

łykam jakieś dobre piwo (niesmowicie zamaszysty ruch ręki) i marzę o Matyldzie D. nie marzę - myślę. rzeczywistość na razie mnie nic nie obchodzi - chociaż czemu Matylda D. miałaby być nierzeczywista? jak najbardziej jest. można wyjśc na miasto i spotkać ją jak wielu innych ludzi. na miasto Warszawa, a do Warszawy są pociągi. i się tam mieszkało przecież, oj mieszkało swoim alter ego. a się uwagi nie zwracało. i teraz, zza daleka - olśniło. dziwne losu zrządzenia i powody.

... kiedyś parę butelek w sztywnej tekturowej torbie zostawiłem w windzie (pamiętałem, żeby je tam przypadkiem zostawić), i jeździły w górę i w w dół od południa do wieczora. spotkałem ten wyrzut. sumienia. potem torba z butelkami stała na parterze, aż w końcu dnia następnego - zniknęła. ku mojej uldze. o ile wiem, butelki nie były zwrotne. raczej bardzo nieruchawe. dałem im pojeździć.

i tak to wszystko się łączy.

wino rozpuszcza język, język lata, wznosi się na wyżyny.



****


<< starsze       

stat4u