dojrzewalnia słów. listy w butelce. rozmowy przy lepieniu bałwana. perełki spod igiełki  



  moim okiem  


zapisane strony

2016
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

2009:
06 05 04 03 02 01
2008:
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01
2007:
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01
2006:
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01
2005:
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01
2004:
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02


miejsca
M. Zablocki
mknienie oka
haiku Jerza
jedna/dwie
100%
Don P.P. Go
OFF
:: ::::








<< starsze       

irytują mnie
tatuaże
psy
i regulowane brwi


****

miałem dziś okazję sfotografować mój sen. tylko nie było się gdzie zatrzymać, a jechały za mną samochody.
kiedy zauważyłem te domy, to rozdziawiłem gębę i oczy, choć w sumie nie pierwszy raz mi się zdarza, że coś, co mi się śniło, potem pokazuje się w rzeczywistości. ale ten fragment snu sprzed paru dni dość dobrze pamiętałem, nie uleciał jak wiele innych. może dlatego, że był zwykły, ot nic szczególnego, jakieś chodzenie od budynku do budynku, pewna sceneria: mały stok, droga między budynkami. ale i tak dziś mnie nieźle zaskoczyło. domy - niedokładnie takie same, wiadomo, ale bardzo blisko tego, co śniłem. ponura kolorystyka, bo budynku stare i nieodnowione, w cieniu, za pagórkiem. nie było to deja vu. nie. wiem, że to mi się niedawno śniło, i po przebudzeniu trochę nad tym myślałem.
możliwe, że kiedyś jechałem tamtędy, możliwe, tylko że i tak pozostaje ten zbieg. możliwe, że coś w podświadomości mi kazało tak jeździć.
rozmawiałem z jakimiś ludźmi w tym śnie. odjeżdżając zastanawiałem się, czy nie wysiąść i sprawdzić, kto tam mieszka.



****


Po co udawać, że spędziliście ze sobą upojną noc jak z hollywoodzkiego filmu. że w ogóle wszystko było cudownie, a nawet, że cudowniej niż na filmie. przecież rozumiecie się, taki układ bez układu: każde ucieka do siebie przed świtem. nie ma wspólnego poranka, ani dnia, to byłoby okrutne zabijanie nocnych złudzeń, ulepionych na chwile zapomnienia. więc wiecie - dalej nie idziecie. żeby jednak zdarzyły się kolejne ucieczki przed świtem. tak jesteście.

bo są i upojne noce, które wcale nie są udawane, mimo ucieczek przed świtem; czy ucieczek? skoro to oboje akceptujecie? upojne, bo wiecie, że to tylko chwila i czerpiecie z niej jak najwięcej. to nie są ucieczki, tylko brak oddania siebie do końca, wierność sobie, w efekcie zachowanie siebie dla siebie, by drugiemu coś można było z siebie dać. zatem zgodnie się rozchodzicie nim brzask rozświetli zasłony. czy co tam jest na oknie. (dzień mnie wyganiał, nocą znów wracałem)
a teraz pytanie: czy chcecie sobie oszczędzić przykrych poranków? ale: dlaczego przykrych - może dlatego, że okaże się, że nic wam z siebie po nocy nie zostało, że drugie zabrało drugiemu mózg, duszę, wszystko? dlatego jest zgoda na to, że świt was rozłącza.

najgorszym porankiem we dwoje w moim życiu był poranek po weselu. a dokładnie po drugim dniu, czyli poprawinach, takim przyjęciu na luzie, kiedy czuło się, że czas beztroski się skończy. powinniśmy byli uciec z wesela w podróż, jak to się robi w hollywoodzkich filmach. po tym wszystkim poniedziałek, letni, słoneczny ale tak zwyczajny, codzienny, w strasznym kontraście do świętowania, walnął mnie obuchem w łeb. śniadanie we dwoje tak zwyczajne, jak przed wyjściem do pracy. i nic więcej. pusto. brak słów. jesteśmy sami we dwoje, gości wypełniających pustkę już nie ma. codzienność się zwaliła szarym gruzem na plecy. musiałem wyglądać na nieźle wystraszonego, chociaż raczej chciałem walić głową w ścianę i ryczeć. ona z drugiej strony zupełnie nieświątecznego stołu zauważyła coś, coś zinterpretowała po swojemu, ale czuła, co myślę: że popełniłem błąd. nie mówiłem nic, ale wypłakała za mnie ten błąd, że to ona była błędem. wtedy wydało mi się, jakbym wszystkie ceremonie przechodził niezupełnie tego świadom. czy zupełnie tego nieświadom. jakbym się obudził z przyjemnego snu. tak, pomyślałem sobie, ma rację. wesele było przyjęciem weselnym, nie radością. zamiast początkiem było początkiem końca.

"Tam, gdzie jest miłość, jest i samolot do Urugwaju" - mówi Max Frisch ustami Theo Gantnbeina.
wtedy nie trzeba uciekać od siebie w dzień, jakgdybyście nie chcieli pokazać swoich twarzy. masz jej zdjęcie, tęsknisz do niej. kiedy myślisz o niej, często wyobraźnią widzisz jak lekko zagryza wargę, w taki sposób jakby nie wiedziała, co odpowiedzieć. śni ci się, kiedy tylko o niej pomyślisz przed snem. mówisz do niej we śnie to, czego nie powiedziałeś jej naprawdę. z ulgą wypowiadasz do niej słowa w snach. potem oczywiście budzisz się, i jest to bardzo przykre przebudzenie, a cała ulga, którą poczułeś śniąc, zmienia się w przygnębienie tej samej wagi.
a raz nawet śniło ci się, ze mówisz do niej we śnie, potem budzisz się z tego drugiego snu, i opowiadasz jej, że miałeś sen, że do niej mówiłeś, że się bałeś, że się obudzisz, ale oto poczułeś wielką ulgę, że to w końcu jest realne. jednak tym razem mózg cię wplątał w bardziej skomplikowaną pułapkę, i gdy budzisz się naprawdę z tego podwójnego snu, z wielkim żalem przychodzi jeszcze większe niedowierzanie, że "to był tylko sen". jak w słowach wielu piosenek.

widzicie, prawdziwa miłość istnieje, co choćby tymi snami zostało udowodnione. czasem myślisz, że ona śni to samo o tobie, co ty o niej. że kiedy marzysz, by się zjawiła przy tobie, ona o tym także myśli. naiwne. ale nie udowodniono, że tak nie jest.


****


Wróciłem w nocy do domu taksówką. Nie byłem w stanie znów wracać tą samą drogą, albo - tymi samymi drogami co zwykle. Innych nie ma. Zmieniałem tyle razy drogi powrotu, aż wreszcie się wyczerpały. Innych dróg powrotu nie ma. Można naokoło, najpierw w przeciwną stronę, ale to nie będzie powrót, tylko ucieczka. Pozostaje jeszcze powrót metodą parkur wprost przez kamienice, podwórka, zamknięte pokoje, ogrody klasztorne, obce łóżka, łazienki, garaże. Taksówką się teleportuję po to, by nie zmieniać stanu duszy - długim spacerem czy jazdą tramwajem. Te drogi, te powroty, ulice - to wszystko już było. Przelewitować nad ulicami, nie brać ich sobie na nogi i do oczu; iść nie wiedząc, ponieważ nie ma nic nowego. Tylko pół godziny, lecz spacer jest narzędziem, a nie celem.

Ulice nie parzą w stopy, lecz w oczy. Te znane widoki. Te fajne widoki. Najchętniej chciałoby się iść z zamkniętymi oczami i otworzyć w domu. Idę, idę, chociaż nie chcę, przysiadłbym gdzieś i poczekał, aż znajdę się gdzie indziej nie wiadomo jak, ale gdyby poczekać, wtedy może się coś zmieni.
W Warszaie ulice parzyły w stopy, w całe ciało. Musiało się przebierać nogami, żeby uciec z każdego miejsca, każdego skrawka chodnika. Nie raz chciałem się skryć, zapaść w bezruchu, na ławce w parku i przeczekać, aż wszystko się zmieni, albo wszystko zapomnę, widoki będą nowe i będzie można iść dalej nowymi zapomnianymi drogami. Tak zupełnie nie było co odkrywać, że chciało się tylko uciekać. Tutaj wszystko jest za to już dawno odkryte.

Zanim dotrę do domu, najczęściej po to, aby znaleźć się w swoim łóżku, zdąży narosnąć obawa, czy pod bramą nie będzie przypadkiem czekał sąsiad menel-robot, by zagadać. To jest robot, rzadkość, bo nie podejrzewałem, że robi się cyborgi o celowo gorszej jakości i niskiej inteligencji. Cyborg-menel mówi przeważnie to samo lub niekiedy puszcza jakąś smutną archetypową historię, kiedy program tak mu zadziała.

Ale o późnej porze nie ma powitania cyborga. Docieram teleportowany do łóżka.
Przed zaśnięciem zastanawiam się czasem, z jaką kobietą u boku się obudzę. Zawsze, kiedy się tak zastanawiam, to rankiem budzę się sam.
Są różne kobiety, z którymi się śpi.
Są takie, z którymi z radością idziesz spać, i śpisz dobrze, spokojnie, po prostu śpisz, są jakieś czułości, może i coś więcej, tulicie się, a rano budzisz się z uśmiechem, że ona jest przy tobie. I chcesz, żeby już została, żeby było tak codziennie.
Są takie, z którymi śpisz, choć właściwie to nie można przy nich spać, więc z radością nie śpicie prawie całą noc, rozmawiacie, kochacie się, w końcu zasypiacie. Budzicie się na dobre koło południa. Jecie późnie śniadanie. I chcecie, żeby tak było codziennie.
Są i takie kobiety, z którymi się po prostu przesypiasz, choć nie taki był twój zamiar, miałeś nadzieję na rozmowy, jakąś zabawę, jednak wyszło zwyczajne przespanie się, niezbyt satysfakcjonujące dla was, pozostawiające nawet niesmak; nie tak, nie tak, żałujesz, że została u ciebie, czy ty u niej, i już w środku nocy przerażająca jest myśl o wspólnym poranku. Najlepiej byś chciał, by się ulotniła z twojego łóżka, zanim się obudzisz. Lub ty usiłujesz się wyrwać od niej w środku nocy samochodem - albo taksówką, jeśli piłeś alkohol. Jednak rezygnujesz, udajesz, że śpisz, aż w końcu zasypiasz, choć śpisz z jakimś ciężarem na duszy. Oczywiście to działa w drugą stronę.
I ty chciałbyś, żeby kobieta budziła się z tobą, lecz ona chce się wymknąć się bladym świtem. To i tak lepsze niż wspólny wymuszony poranek, kiedy nie ma o czym rozmawiać w łóżku, ani przy śniadaniu. Ktoś powinien był wyjść dużo wcześniej. Wszystkie czułości zostały wyczerpane w nocy. Potem któreś pragnęło już zostać samo, lecz z obiektywnych przyczyn musiało zostać - późno, daleko, nie ma autobusu ani taksówek, więc musicie udawać, że tak jest dobrze. Już więc późną nocą wiadomo, że poranek będzie ciężki. A o poranku udajecie, że jest świetnie. Choć nie widać dla was planów, żadnej dalszej przyszłości. Nad ranem, przed, lub po dość obowiązkowym śniadaniu, z jakimiś obiektywnymi mnożonymi coraz bardziej usprawiedliwieniami, coraz bardziej słusznymi i prawdziwymi, coraz bardziej realnie motywowanymi, rozstajecie się, i wiadomo, że nie powinniście się już więcej spotkać.



****


<< starsze       

stat4u